Każdy marzy chyba o
dalekich podróżach... Nie, nie, jednak to zły wstęp. Znam osoby, które idealnie
pasują do typu domatora i nie ruszają się ze swojej mieściny, jeśli tylko nie
jest to absolutnie konieczne. Mało tego, niektórzy nie lubią nawet oddalać się
od swojego mieszkania dalej niż o dwie przecznice z obawy przed… No właśnie,
przed czym? Nie rozumiem takich ludzi, dlatego, wybaczcie mi, ale nie odpowiem
na to pytanie.
Powinnam więc zacząć tak – każdy, kto choć raz posmakował
podróży, chce podróżować coraz więcej, coraz dalej, coraz intensywniej. Problem
pojawia się jednak w momencie, gdy z jakichś powodów nie możemy wyjeżdżać tak
często, jak byśmy sobie tego życzyli. Zresztą, chyba w większości przypadków
czujemy pewien niedosyt, jedynie „zawodowi” podróżnicy czy dziennikarze mogą
sobie urządzać dalekie eskapady, kiedy tylko zechcą.
Co zrobić, żeby choć trochę zniwelować efekty tego
podróżniczego „głodu”, kiedy musimy siedzieć na tyłku i realizować swoje
codzienne obowiązki? Oglądać filmy? Czytać blogi? Można i tak. Ja jednak
chciałabym Wam zaproponować coś innego, a mianowicie…
POSTCROSSING
Co to takiego? Ciocia Wikipedia twierdzi, że postcrossing
jest „serwisem społecznościowym, który umożliwia jego zarejestrowanym członkom
wysyłanie i otrzymywanie pocztówek z całego świata”. Ja zaś powiem Wam, że jest to naprawdę wspaniała, na dodatek
rozciągnięta w czasie, zabawa. Polega ona na tym, że po zarejestrowaniu się na
stronie www.postcrossing.com losuje się adres zupełnie przypadkowej osoby,
która równie dobrze może pochodzić z Niemiec czy Czech, jak i z Tajwanu, Indii
albo jeszcze dalszych zakątków świata. Następnie wysyła się do tego szczęśliwca
pocztówkę, a adresat po jej otrzymaniu odnotowuje ten fakt na stronie serwisu.
Co zazwyczaj pisze
się na kartkach? Pozdrowienia i numer pocztówki wylosowany przez serwis. To
jednak wersja podstawowa. Niektórzy nadawcy wykazują się dużą pomysłowością i
nie chcą po prostu „nabijać” sobie ilości wysłanych pocztówek, ale starają się
uczynić swoją przesyłkę jak najbardziej kolorową. Dostałam kiedyś od pewnej
Ukrainki nie tylko kartkę, ale także monetę, banknot 1 hrywna, zakładkę do
książki z regionalnym wzorem i jakieś naklejki… Niby nic wielkiego, ale jednak
było to bardzo miłe – przecież ta dziewczyna nigdy mnie nie widziała i
prawdopodobnie nie zobaczy, a jednak wykonała taki fajny gest. To naprawdę
niesamowite uczucie, kiedy podchodzi się do skrzynki pocztowej i nie znajduje
się w niej tylko rachunków i ulotek reklamowych, ale też przesyłki, które
niejednokrotne przebyły kilka, a nawet kilkanaście tysięcy kilometrów.
Może się wydawać, że kartki pocztowe niewiele mają wspólnego
z podróżowaniem, ale dla mnie niezwykła
jest sama świadomość, że otrzymałam przesyłkę z tak daleka i że ktoś, kto
wychował się często w zupełnie mi obcej kulturze, napisał parę słów od serca,
że zechciał mi opowiedzieć trochę o swoim życiu. A poza tym – lubię ten element
napięcia, kiedy widzę listonosza :)
W postcrossing zaczęłam się bawić jakiś rok temu, ale pocztówki
zbieram od podstawówki. Przedstawiam Wam moją skromną kolekcję:
Jak Wam się podoba taki sposób podróżowania? To taka alternatywa dla wodzenia palcem po mapie :D